|
Włodzimierz Bogaczyk
Jestem
zasmuconym katolikiem
"W
Pałacu Prymasa była narada na temat muzyki i śpiewu w
liturgii. Smutne to, bo widać, jak niszczą wszelką
tradycję, i w muzyce, i w tekstach. Zniszczyli chorał
gregoriański, wycofując łacinę, zniszczyli stary
kościelny folklor, wprowadzili za to cukierkowe pieśni
bez stylu. A znów w tekstach likwidują archaiczną
polszczyznę, dając na jej miejsce język pospolity.
„Modernizacja Kościoła, mająca na celu jego większą
powszechność, może u nas sprawić, że oddali się on od
mas i tradycji, a w łaski nowych ludzi się nie wkupi."
Stefan Kisielewski zapisał te słowa w swoich Dziennikach
pod datą 19 września 1972 roku. Ten cytat jest dla mnie
ważny. Można się nim osłonić jak tarczą, kiedy po raz
kolejny trzeba będzie udowadniać, że osoba zakochana w
przedsoborowej liturgii nie jest zaciekłym przeciwnikiem
biskupów, Ojca Świętego i Kościoła Katolickiego. Kisiel,
przez całe dziesięciolecia współpracownik Tygodnika
Powszechnego, nie ma w Polsce opinii zapatrzonego w
przeszłość ortodoksyjnego oszołoma. A taką łatkę
przypina się każdemu, kto w gronie katolików, i nie
tylko katolików zresztą, przyzna się do chodzenia na
Msze św. Piusa V. - Stara Msza? Nie, dziękuję. Mnie to
nie interesuje. Jestem rzymskim katolikiem - słyszałem
wiele razy, gdy proponowałem, aby zamiast słuchać moich
nieudolnych dukań o pięknie gregorianki, łaciny i
Starego Obrządku, przejść się raz na taką Mszę i samemu
zobaczyć, jak modlił się cały rzymski Kościół Katolicki
jeszcze trzydzieści lat temu.
Dla większości z przypinających łatki nie ma znaczenia,
że Msze, w których uczestniczę, odbywają się za zgodą
biskupa, a zgoda ta wynika z woli Ojca Świętego, jasno
wyrażonej w dokumentach, kazaniach i przemówieniach.
Rzadko, naprawdę bardzo rzadko, można usłyszeć słowa
podobne do zdania, jakie powiedział mi mój proboszcz: -
Nową Mszę kocham, a Starą szanuję.
Dlatego dobrze zawsze mieć na podorędziu taki cytat, jak
z Kisiela, albo jeszcze lepiej, schowane gdzieś w torbie
zdjęcie prefekta Kongregacji Nauki Wiary kardynała
Josepha Ratzingera odprawiającego Starą Mszę w jednym z
wiernych łacińskiej tradycji liturgicznej opactw we
Francji.
To ostatnie działa szczególnie mocno na księży - wiem,
bo sam sprawdzałem.
Jest taki dowcip, czym różni się przedsoborowy zakon o
ścisłej regule od posoborowego. W przedsoborowym było
tak - przeor w refektarzu mówi do brata Grzegorza:
„Bracie, zamknijcie okno". Brat Grzegorz wstaje od
stołu, przyklęka dla okazania szacunku i zamyka okno. Po
soborze wygląda to trochę inaczej. Przeor mówi do brata
Grzegorza: „Bracie, zamknijcie okno... hm... bo wieje".
Brat Grzegorz wstaje, przyklęka dla okazania szacunku i
mówi: „Eee... a mnie tam nie wieje".
Tradycjonaliści, ci wierni Rzymowi i podlegli papieskiej
komisji Ecclesia Dei, są tak naprawdę w wielu
dziedzinach bardzo posoborowi. Kiedy w kurii usłyszą, że
może być zgoda na Starą Mszę, ale nie na inne
Sakramenty, dostarczą z Watykanu odpowiednie dokumenty,
które powiedzą co innego. Gdy trzeba, będą cierpliwie
tłumaczyć swoim parafialnym proboszczom, że prywatne
odprawianie Starej Mszy nigdy nie zostało kapłanom
zabronione. Czasem będą mieć inne zdanie niż ich biskup,
choć zawsze podporządkują się jego decyzjom.
Jestem posoborowy. Dlatego, gdy czytam w prasie
wypowiedź księdza biskupa Zygmunta Pawłowicza, że Stare
Msze, owszem, mogą być odprawiane, ale tylko dla małych
grupek byłych lefebvrystów, to wiem, że mam prawo się z
nią nie zgadzać. I przypominam sobie, co na obchodach
10-lecia Motu Prioprio Ecclesia Dei powiedział kardynał
Alfons Stickler: „Dziwię się, dlaczego biskupi nie chcą
spełnić woli Ojca Świętego i wyrażać zgody na
odprawianie Starej Mszy".
Pamiętam dobrze, bo na własne uszy słyszałem.
A może tradycjonaliści są jednak wrogami Ojca Świętego?
Może nie rozumieją „ducha Soboru"? Może, jak powiedział
mi kiedyś jeden z księży, „próbują cofnąć zegar
historii"?
Myślę, że przede wszystkim są to ludzie zatroskani o
Święty Kościół Katolicki. Ludzie, którzy zadają pytania.
Na przykład o to, dlaczego we Francji prawie tyle samo
katolików uczęszcza w każdą niedzielę na Nową Mszę, co
na Starą? Przecież Nowa Liturgia miała przybliżyć ludzi
do Boga. Na dodatek za Novus Ordo stoi cały francuski
episkopat, a za Starym Obrządkiem tylko 200 księży.
Dlaczego biskupi niemieccy wolą, aby parafie nie miały
duszpasterza, niż powierzyć je księdzu odprawiającemu
Starą Mszę? Dlaczego kryzys powołań na Zachodzie nie
dotyczy parafii tradycyjnych? Tradycjonaliści w Polsce
pytają też ze smutkiem, czy taka sytuacja nie czeka
Kościoła w naszym kraju za 20 lat?
Tradycyjni katolicy to ludzie, którzy zamiast mówić o
„duchu Soboru", sięgają do dokumentów. Na przykład do
Konstytucji o liturgii świętej. Czytają w niej, że „w
obrządkach łacińskich zachowuje się używanie języka
łacińskiego", że „zgodnie z wiekową tradycją obrządku
łacińskiego duchowni mają zachować w oficjum język
łaciński", a tam, gdzie językom narodowym „przyzna się
więcej miejsca", „należy dbać o to, by wierni umieli
wspólnie odmawiać lub śpiewać stałe teksty mszalne dla
nich przeznaczone, także w języku łacińskim".
Czy duszpasterze, którzy mówią o odejściu przez
zwolenników Starej Liturgii od „ducha Soboru",
przeczytali Konstytucję o liturgii? A co z tymi, którzy
przeczytali i dalej uważają, że wystarczy, aby na Mszy
było „fajnie"?
Kto, tak naprawdę, nie rozumie Soboru?
Na Starą Mszę trafiłem przez przypadek. Przed kilkoma
laty do Poznania przyjechał generał Bractwa Św. Piotra,
ojciec Joseph Bisig. Poszedłem do małego kościółka przy
ulicy Żydowskiej, namówiony przez kolegę, którego
starszy brat był na kilku takich Mszach. Byłem ciekawy,
tak po ludzku ciekawy, jak wyglądała przez wieki
modlitwa Kościoła.
Nie spodobało mi się. Nic nie rozumiałem, często nie
wiedziałem nawet, jaka część Mszy jest właśnie
odprawiana, całość trwała prawie dwie godziny, dwa razy
dłużej niż w mojej parafii. To podobno typowa reakcja,
ale o tym dowiedziałem się później, kiedy poznałem
więcej osób związanych z tą liturgią. A jednak coś mnie
na te Msze ciągnęło, co jakiś czas na nie przychodziłem,
zacząłem czytać książki o liturgii, te sprzed Soboru i
te współczesne.
A potem wyjechałem do Le Barrou i wszystko się zmieniło.
Klasztor Benedyktynów na południu Francji - 8 razy
dziennie łacińskie oficjum, dwie Msze święte. Tak
pięknej liturgii, rozbudowanej, pełnej znaków jasnych
dla każdego, kto chce je zrozumieć, nie widziałem nigdy
wcześniej. Uwierzyłem w coś, co wcześniej wydawało mi
się bajkowymi opowieściami - w to, że wśród protestantów
zdarzały się przypadki nawróceń po samym wysłuchaniu
Starej Mszy. Po tygodniowym pobycie zacząłem zupełnie
inaczej patrzeć na liturgię. Zacząłem do Starych Mszy
tęsknić. Wiem, że brzmi to wszystko jak jakaś kiczowata
i przesłodzona historyjka, ale nic na to nie poradzę.
Inaczej tego opowiedzieć nie potrafię. Mogę tylko
zapewnić, że moja „konfesja jest szczera.
Od tamtej pory nabrałem do Starej Liturgii ogromnego
zaufania. Im więcej na jej temat czytałem, tym częściej
dochodziłem do wniosku, że zarzuty wobec niej opierają
się na nieporozumieniach. „Łaciny nikt nie rozumie -
nikt nie musi się jej uczyć, każdy wierny może mieć przy
sobie mszalik z tłumaczeniem na język ojczysty. „Dukając
coś w obcym języku, nie można skoncentrować się na
Liturgii Słowa - czy po polsku sprawa wygląda inaczej?
Proponuję każdemu podejść po niedzielnej sumie do
przypadkowych osób i zapytać o czym była mowa w drugim
czytaniu. Ja taki eksperyment przeprowadziłem kilka
razy, także wśród znajomych - pamiętała co trzecia,
czwarta osoba. „Ksiądz stoi tyłem do ludzi - nieprawda,
stoi twarzą do Pana Jezusa obecnego w tabernakulum.
Mógłbym jeszcze długo sypać przykładami. Ten ostatni, o
kierunku celebracji, jest szczególnie ważny. Jeśli
powiem, że odwrócenie księdza twarzą do wiernych było
błędem, automatycznie narażam się na zarzut lefebvryzmu.
Nie rozumiem, dlaczego tak jest, ale w wielu dyskusjach
zdarzyło mi się to wielokrotnie. Można potem powoływać
się na soborowe dokumenty, które niczego o zmianie
kierunku celebracji nie mówią. Można udowadniać, że
plecy księdza skierowane ku tabernakulum, podobnie jak
Komunia rozdawana na rękę, prowadzą do zmniejszenia
pobożności eucharystycznej. Nic to nie daje. Czasami
pomoże argument, że do traktującej o tym problemie
książki znanego liturgisty, księdza Klausa Gambera
Zwróćmy się ku Panu, wstęp napisał kardynał Ratzinger.
Najczęściej jednak zostaje się z przypiętą łatką.
Tak naprawdę do Starej Mszy ostatecznie przekonuje
uczestnictwo w Nowej. Na szczęście w zdecydowanej
większości przypadków jeszcze nie w Polsce. Jednak na
Zachodzie już tak. Kościoły, z których usunięto stare
ołtarze, a ich dawny wystrój można zobaczyć w muzeum.
Pocałunek pokoju, który na kilkanaście minut wprowadza
na Mszy nastrój typowej imprezy. To rzeczywistość
parafii portugalskich, hiszpańskich, francuskich. O tych
mogę mówić, bo tam na Mszach byłem.
Przed rokiem byłem na pielgrzymce kilku tysięcy
tradycjonalistów z całego świata do katedry w Chartres.
Spaliśmy w pomieszczeniach należących do jednego z
diecezjalnych paryskich kościołów. Nie ma w nim księdza,
opiekuje się nim stały diakon. W naszej grupie byli też
grekokatoliccy tradycjonaliści, ich ksiądz odprawiał w
kościele Mszę w tym obrządku. W pewnym momencie diakon
wszedł do świątyni i powiedział, żeby już kończyć, bo
przyszedł elektryk i będzie naprawiać instalację.
Oczywiście ksiądz odprawił Mszę. Do dziś zastanawiam
się, czy ten diakon każdą Mszę traktuje jak spotkanie
towarzyskie, które można w dowolnym momencie przerwać?
Czy wierzy, że przy ołtarzu naprawdę dokonuje się Realne
Przeistoczenie?
W Polsce katolik, idący do kościoła, może czuć się
bezpiecznie. A jednak coraz częściej spotykam się z
wypowiedziami księży i świeckich, których nie rozumiem.
Przykład będzie z minionego roku. Przed jednym z
poznańskich kościołów siedzi żebrak. Młody, zdrowy
człowiek, wieczorem można go spotkać w wypożyczalni
kaset wideo. Jeden z księży mówi mi, że bardzo często
ten żebrak bluźni Panu Bogu, a chwilę potem („w celach
reklamowych - jak to nazwał ów kapłan) przystępuje do
Komunii. Pytam, dlaczego tej Komunii mu się udziela,
przecież jest jasne, że to profanacja, bo przystępujący
na pewno nie jest w stanie łaski uświęcającej. - Kiedy
Pan Jezus zgodził się przychodzić do nas w Chlebie,
zgodził się także na to, że będzie profanowany - słyszę
w odpowiedzi. Zamurowuje mnie, nie wiem, co na to
odpowiedzieć. Czy duszpasterz, który w ten sposób widzi
sprawę profanacji Najświętszego Sakramentu, przekona
swych wiernych, że w Hostii naprawdę jest Pan Jezus?
Ktoś powie, że przykład francuski i polski to jednak dwa
zupełnie różne przypadki. A jednak wydaje mi się , że
jeszcze kilkanaście lat temu żaden ksiądz w Polsce nie
powiedziałby w ten sposób o Najświętszym Sakramencie.
Dlatego powraca pytanie, jak będzie z liturgią w
polskich kościołach za następne kilkanaście lat. Czy
upodobni się do tej z parafii zachodniej Europy?
I trochę mi smutno, że już dziś, idąc na niedzielną Mszę
świętą do swojej parafii, omijam z zasady tak zwane Msze
młodzieżowe. I zastanawiam się, kto będzie ją odprawiał,
bo od tego zależy, czy w kościele będę czuł się właśnie
jak w kościele, czy jak na zabawie. Nie chcę ryzykować,
bo stawka jest zbyt duża - wybieram pewną, wspartą na
Tradycji, liturgię Starej Mszy.
Jestem zasmuconym rzymskim katolikiem. Albo, jeśli ktoś
woli - tradycjonalistą.
( artykuł ukazał sie w miesięczniku W drodze,
Zeszyt nr 3 (307) 1999 ) |