|
abp Józef
Bilczewski, Metropolita Lwowski
Eucharystia jako Ofiara
Konferencja
wygłoszona na XXIII Międzynarodowym
Kongresie Eucharystycznym we Wiedniu
dnia 13 września 1912 r.
Imprimatur
Poznań, 24 stycznia 1913 r.
Oficjał i Wikariusz Generalny ks. Dalbor
W narodzie żydowskim istniało piękne podanie,
które przekazał nam Philo. Bóg, stworzywszy świat,
zapytał aniołów co sądzą o dziele Jego rąk. Jeden z
nich odpowiedział, że dzieło jest wielkie i
doskonałe, ale brakuje mu jednej rzeczy, mianowicie
głosu donośnego, harmonijnego, który by rozbrzmiewał
po całym świata przestworzu i dniem i nocą składał
Stwórcy godne Jego dziękczynienie melodią pełną
rozkoszy.
Gdyby Pan Bóg takie pytanie do nas skierował,
odpowiedź nasza byłaby inna. Powiedzielibyśmy, że
światu nie brakuje żadnej istotnej doskonałości, bo
częścią składową, a raczej Głową i Sercem stworzenia
jest sam Syn Boży, którego głos najczystszy,
najwspanialszy, najmilszy napełnia dniem i nocą
ziemię i niebo nieskończonym uwielbieniem, podzięką,
prośbą. Co więcej! On zanosi do Trójcy
Przenajświętszej w imieniu całego stworzenia
nieustanne: Przed oczy Twoje Panie winy nasze
składamy... miserere!
Bóg przewidział bowiem, że człowiek śmiertelnie Go
obrazi. Postanowił równocześnie od winowajcy zażądać
pełnego, doskonałego zadośćuczynienia. Takiego
doskonałego zadośćuczynienia stworzenie Stwórcy nie
było w stanie dać. Wtedy Syn Boży pospieszył z
pomocą, zamienił z człowiekiem rolę, niewinny
podstawił się za winnego.
W swojej Boskiej naturze Syn Boży zadość czynić nie
może. Dlatego, gdy nadeszła chwila zamierzona w
wieczności, wziął krew z krwi naszej, uczynił ją
przez połączenie z Boską Osobą krwią Bożą i tę krew
i całą swoją ludzką naturę złożył Trójcy świętej
jako ofiarę na przebłaganie.
Nie ma wątpliwości, że śmierć Syna Bożego na krzyżu
nie jest śmiercią zwyczajną, ale ofiarną. Schodzą
się w niej wszystkie warunki i składniki prawdziwej
ofiary. Podstawił się Człowiek-Bóg za człowieka.
Podstawienie zostało przyjęte. Podstawiony zginął,
starty jak robak. Podstawiony sam, jako człowiek,
był swojej ofiary kapłanem. Umarł, bo chciał. Nikt z
ludzi wbrew jego woli nie mógł Mu odjąć życia.
Zabiła Go Miłość ku Bogu i ludziom.
Ponieważ cierpienia Chrystusa były cierpieniami Boga
w ludzkim ciele, więc już jedną jedyną śmiercią
krzyżową przeobficie Zbawiciel dokonał odkupienia,
"pojednał wszystko z sobą: i to, co na ziemi, i to,
co w niebiosach" (Kol 1, 20), "udoskonalił na wieki
tych, którzy są uświęcani" (Hbr 10, 14), czyli
innymi słowy: nad miarę uczynił zadość Bogu, a
ludziom odzyskał utracone łaski nadprzyrodzone,
niebo.
Za tym idzie dalej, że obok tej ofiary krzyżowej
żadna już inna, nowa, istotą odmienna nie jest
potrzebna, nie może do końca świata mieć na ziemi
miejsca, gdyż zaprzeczałaby nieskończonej wartości,
doskonałości ofiary kalwaryjskiej.
Jak to? Czy my, chrześcijanie, nie posiadamy dzisiaj
żadnej ofiary spełniającej się na naszych oczach,
prócz owej dokonanej w jednym momencie czasu i w
jednym punkcie ziemi? Przecież gdzie jest
religia, czyli wiara i prawo i nauka o Bogu, tam i
musi być ofiara; odstąpić od siebie nie mogą.
Ofiara jest szczytem religii, najwyższym objawem
zewnętrznym i wewnętrznym, więc każde pokolenie
uczniów Chrystusowych winno, musi ją Panu Bogu
składać za siebie własnymi rękami, a nie tylko żyć
jej historycznym wspomnieniem.
Taką ofiarę powszechną, stałą i najdoskonalszą
posiada nasza religia chrześcijańska. Jest nią Msza
święta.
Msza święta jest prawdziwą ofiarą, jeśli liturgia,
którą Chrystus w przededniu swojej śmierci odprawił
w wieczerniku, jest rzeczywistą, w ścisłym słowa
znaczeniu ofiarą. Msza święta nasza jest bowiem
przypomnieniem owej wielkoczwartkowej, jej
wznowieniem.
Otwórzmy Pismo święte. Zobaczmy, co naoczny świadek
apostoł Mateusz, co św. Marek, św. Łukasz i św.
Paweł, uczniowie i towarzysze apostołów piszą o
eucharystycznej liturgii wieczernikowej. Otóż, skoro
zestawimy teksty tych czterech sprawozdawców,
widzimy, że tło jest u wszystkich wspólne, że się
uzupełniają w swoich opisach i dochodzą razem do
doskonałej jedności. Mianowicie powiadają wedle
tekstu greckiego, co następuje:
Po spożyciu rytualnej Paschy żydowskiej Zbawiciel
ukląkł przed apostołami i umył im nogi. Jakże
bardzo nas ukochał - zauważył ktoś pięknie,
komentując to zdarzenie - jakże bardzo Chrystus
nas ukochał, kiedy tak nieskończenie jest pokorny.
Jakże bardzo jest pokorny, kiedy tak nieskończenie
kocha! Ale miłość i pokora Jezusowa pójdą
jeszcze dalej do granic ostatecznych. Po umyciu nóg
Zbawiciel spoczął znowu przy stole, wziął do ręki
chleb i powiedział: Bierzcie i jedzcie, to
jest Ciało moje, które za was będzie wydane
(Mt 26, 26; Łk 22, 19). Następnie wziął kielich i
powiedział: Pijcie z niego wszyscy, bo to jest
moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana
na odpuszczenie grzechów (Mt 26, 26).
Według tych słów Chrystus spełnił w wieczerniku dwie
rzeczy, które trzeba nam dobrze rozróżnić.
Powiedział: bierzcie - jedzcie i pijcie, czyli podał
Ciało i Krew swoją do spożywania w Komunii.
Wcześniej zaś jeszcze, zanim je dał apostołom na
pokarm, złożył to Ciało i Krew na ofiarę Trójcy
Przenajświętszej. Eucharystia bowiem najpierw jest
dla Boga, potem dopiero dla ludzi. Najpierw jest
ofiarą, potem Sakramentem i gdyby nie była wpierw
ofiarą, nie byłaby nigdy Sakramentem. Tylko ofiara
przemienia ją na Sakrament, czyli na pokarm duszy.
Chrystus wskazał na ten ofiarny charakter
Eucharystii, kiedy powiedział, że Ciało swoje nie
tylko daje na pokarm, ale i za nas je wydaje; że
Krew swoją nie tylko daje na napój, ale i za nas już
w wieczerniku ją przelewa dla wyjednania nam
odpuszczenia grzechów. Wylewać krew jakiejś istoty
na zgładzenie ludzkiej winy, oznacza w Piśmie św.
tyle, co składać tę krew przelaną Bogu w ofierze dla
przebłagania znieważonego Jego Majestatu. W jakiż
sposób Chrystus dokonał już w wieczerniku tego
wydania, zniszczenia swojego Ciała i przelania za
nas Krwi swojej Bogu na ofiarę, skoro przecież tak
samo po wymówieniu słów konsekracji, jak przed ich
wypowiedzeniem, siedział pełen życia z apostołami u
stołu biesiadnego? Otóż na pozór w Chrystusie nic
się nie zmieniło, tak jak i w chlebie i winie
przezeń konsekrowanym. W rzeczywistości zaś chleb
przestał być chlebem i przemienił się w Ciało
Chrystusa, wino przestało być winem i przemieniło
się w Jego Krew. Tym samym też, chociaż Chrystus
słowami konsekracji nie pomnożył Swej istoty, to
jednak pomnożył swoją obecność, swój sposób
bytowania. Przed wymówieniem nad chlebem i winem
słów konsekracji człowieczeństwo Jego istniało
bowiem tylko na sposób wszystkim ludziom zwyczajny.
Z chwilą konsekracji i przez konsekrację poczęło
istnieć jeszcze sposobem nowym, sakramentalnym, pod
postaciami chleba i wina. I to sprowadzenie przez
Chrystusa swojego człowieczeństwa i zjednoczonego z
człowieczeństwem Bóstwa w stan prawdziwego,
duchowego pokarmu i napoju, było dla Niego moralnym
zniszczeniem, unicestwieniem, uśmierceniem, a tym
samem najrzeczywistszym ofiarowaniem, jest to
równocześnie pierwsza na ziemi ofiara w całej pełni
doskonała. Bo gdy we wszystkich dawniejszych
ofiarach istota niższa, zwierzę, stawało dla
przebłagania Boga w miejsce istoty wyższej,
człowieka, to tu Istota wyższa, najwyższa,
Człowiek-Bóg podstawia się za istotę niższą, za
swoje stworzenie.
Ale jeśli Chrystus już w wieczerniku złożył
prawdziwą ofiarę z Ciała i Krwi swojej na
odpuszczenie grzechów ludzkości, to może ofiara
Golgoty w ogóle już była zbyteczna, niepotrzebna?
Nie wolno tego przypuszczać, bo jakże w takim razie
ostałyby się słowa św. Pawła, że Chrystus
przez krew krzyża pojednał, uspokoił wszystko, i to,
co na ziemi, i to, co w niebiosach (Kol 1,
20).
Trzeba nam wiedzieć i pamiętać, że ofiara
wieczernikowa i ofiara krzyża ściśle łączą się ze
sobą. Eucharystyczna liturgia wielkoczwartkowa
odnosiła się do ofiary krzyżowej, jako jej próba,
niekrwawe wyprzedzenie, przedstawienie i tworzyła z
nią wewnętrznie, istotnie najściślejszą jedność. Sam
Chrystus powiązał obie ofiary swoją intencją w
nierozerwalną całość na zawsze.
Ta okoliczność, że ofiara wielkoczwartkowa tworzy z
ofiarą Kalwarii wewnętrzną jedność, była też
powodem, że łaciński tłumacz Pisma św., znanego pod
imieniem Wulgaty, a za nim nasz ks. Wujek oddali
greckie imiesłowy czasu teraźniejszego: to
jest ciało moje, dające się za was -
to jest krew moja, wylewająca się za was
przez czas przyszły: ciało, które będzie
wydane, krew, która będzie wylana. Przekłady
owe nie wyrażają najbliższej myśli Zbawiciela, ale
też nie są błędne. Nie przeczą one
bowiem, że już w wieczerniku ciało Chrystusowe
zostało mistycznie unicestwione, a krew mistycznie
wylana na odpuszczenie grzechów, lecz tylko wysuwają
na plan pierwszy ofiarę krzyża, z której
eucharystyczna wzięła całą swoją moc i owocność.
Zbawiciel ustanowił sakramenty Pokuty, Bierzmowania,
Ostatniego Namaszczenia, instytucję papiestwa
dopiero po swoim zmartwychwstaniu. Dlaczego jeszcze
przed swoją męką krzyżową ustanowił Ofiarę
Eucharystyczną, w której Jego ciało uczestniczy już
w pewnej mierze w przymiotach człowieczeństwa
zmartwychwstałego, uwielbionego?
Miał Chrystus do tego powód szczególniejszy. Chciał
mianowicie zanieść na krzyż nie sam tylko swój
fizyczny, ludzki organizm, ale też i swoje ciało
mistyczne, czyli wszystkich razem ludzi, aby w Nim i
z Nim na Kalwarii stali się kapłanami i ofiarą. Na
to zaś było potrzeba, żeby rodzina ludzka jeszcze
przed Jego męką krzyżową weszła z ciałem, krwią,
duszą swoją w skład ciała, krwi i duszy Bóstwa
Jezusowego. To jednak mogło się dokonać i dokonało
się rzeczywiście w eucharystycznym bankiecie
wielkoczwartkowym, do którego apostołowie byli
dopuszczeni jako przedstawiciele całej ludzkości. W
uczcie tej bowiem Zbawiciel, Bóg-Człowiek, oddał się
cały przyjmującym Komunię św. I nie oni przemienili
Chrystusa w swoją istotę, ale Chrystus, wszedłszy z
ciałem i krwią i duszą i Bóstwem swoim w ich
jestestwa, podźwignął, podniósł je równocześnie do
tak ścisłego z sobą zjednoczenia, iż ponad nim jest
już tylko możliwe jedno jeszcze wyższe, tj.
hipostatyczna, osobowa unia Boga-Człowieka.
Gdy Zbawiciel wymówił już nad chlebem i winem
formułę przeistoczenia, dodał: To czyńcie na
moją pamiątkę... Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb
albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż
przyjdzie (Łk 22, 19; 1 Kor 11, 25-26).
Słowa te są niezmiernie ważne. Zawierają one akt
fundacyjny Mszy wieczystej na ziemi. Nimi bowiem
Chrystus przeniósł na apostołów i na ich następców
urząd swój kapłański, a zarazem dał ścisły nakaz
powtarzania, odnawiania eucharystycznej liturgii
wieczernikowej dla wszystkich pokoleń ziemi, do
czasu, kiedy On zjawi się na sąd ostateczny. Czy
Chrystus przestał odtąd sam być kapłanem i pełnić
urząd kapłański? Bynajmniej. Jak w społeczności
katolickiej jedna jedyna tylko jest ofiara z Ciała i
Krwi Zbawiciela, tak też i nadal tylko jeden jedyny
w całej pełni słowa będzie kapłan do końca świata i
na wieki wedle wzoru Melchizedeka - Jezus Chrystus.
Kapłani, z ludzi wzięci, są tylko Jego zastępcami i
narzędziami. Aby lepiej zrozumieć tę doniosłą
prawdę, należy przypomnieć, iż za swojego ziemskiego
życia Zbawiciel posługiwał się ciałem i duszą swoją
ludzką jako narzędziem i jakby widzialnym
sakramentem - gdy leczył chorych, gdy wskrzeszał
Łazarza, gdy odpuszczał grzechy, gdy wymawiał nad
chlebem i winem słowa: to jest ciało moje, to jest
krew moja. Od tej chwili zaś apostołowie, biskupi,
kapłani w zwyczajnym porządku rzeczy zastępować będą
niewidzialne jego człowieczeństwo, użyczać mu swoich
ust i rąk, aby On mógł wciąż w swoim Kościele
chrzcić, bierzmować, odpuszczać grzechy, namaszczać
umierających, błogosławić nowożeńców, konsekrować
chleb i wino na ciało i krew swoją, a tym samym
staną się dla Niego jakby żywym, widzialnym
sakramentem wszystkich Jego łask.
Z tego wszystkiego co dotychczas powiedzieliśmy
wypływa wniosek, że jeśli eucharystyczna liturgia
wielkoczwartkowa była rzeczywistą ofiarą, jeśli
apostołowie i ich następcy otrzymali umocowanie,
ścisły nakaz i łaskę wymawiania słów konsekracji nad
chlebem i winem, z równym jak i Chrystus skutkiem,
to nasza Msza święta, w której kapłani w imieniu, w
zastępstwie Chrystusa, jako żywe Jego sakramenty,
czynią to samo i tak samo co On uczynił przy
ostatniej wieczerzy, jest również w sobie
najprawdziwszą ofiarą.
Wiemy, w czym mieści się istota Mszy św. Mianowicie
szukać jej należy w podwójnej konsekracji,
spełniającej się słowami ustanowienia, podobnie jak
przy eucharystycznej liturgii wieczernikowej.
Dotknęliśmy już także kwestii, jakim sposobem w
przeistoczeniu chleba i wina w ciało i krew Jezusową
odnaleźć można znamiona, składniki konieczne do
wytworzenia prawdziwej ofiary, a więc nowe
unicestwienie, nową immolację Chrystusa.
Zaznaczyliśmy mianowicie, że choć słowa podwójnej,
oddzielnej konsekracji nie rozdzielają w
rzeczywistości krwi Chrystusa od Jego ciała, a tym
samym realnie Go nie zabijają, to jednak wyzuwają
one Jego organizm człowieczy z normalnych przymiotów
zwyczajnej natury ludzkiej po to, żeby mu udzielić
własności nowych - własności pokarmu i napoju. I ta
dokonująca się przez konsekrację tajemna przemiana w
organizmie Chrystusowym, w której On wprawdzie nie
przestaje być Chrystusem, bo nie traci nic ze swej
istoty, ale niemniej zostaje sprowadzony w rodzaj
nowego bytu i w nową rolę pokarmu, jest do
prawdziwej ofiary najzupełniej wystarczającym
unicestwieniem, immolacją jego człowieczeństwa, bo
najbardziej podobną, zbliżoną do rzeczywistej,
fizycznej śmierci na krzyżu. Mniejszy już
Bóg-Człowiek stać się nie może, niż wtedy, gdy staje
się jakby kawałkiem chleba i jakby odrobiną wina,
gdy wreszcie w Komunii pozwala się pozbawić nawet
tego swojego bytu sakramentalnego.
Teraz, aby uzyskać możliwie dokładne i pełne
rozumienie tej tajemnicy najtajniejszej, należy
zastanowić się jeszcze nad jej przeznaczeniem i
skutkami. Wedle intencji Zbawiciela każda Msza św.
ma być opowiadaniem i przypomnieniem Jego krwawej
śmierci! Opowiadaniem, przypomnieniem komu? Przede
wszystkim Trójcy Przenajświętszej. Uprzytomnia ona
też rzeczywiście ofiarę krzyża, a tym samym
nieskończony hołd, adorację, jaką Chrystus śmiercią
swoją złożył Majestatowi Bożemu. I nie tylko Msza
przypomina złożoną raz na Kalwarii adorację, ale też
przedłuża ją w nowej formie, utrzymuje w
permanencji, w ustawicznym trwaniu, bo jest ona nie
tylko prostym okazaniem i niejako malowaniem ofiary
krzyżowej, jak powiada Skarga, ale powtórzeniem,
ofiarowaniem. Ani na chwilę ofiara eucharystyczna
nie da się oderwać od ofiary krzyża, jak potok nie
da się ani na moment wyobrazić bez swojego źródła.
Za tym idzie zaś ta prawda niezmiernej wagi, że
gdyby nawet wszystkie stworzenia od pierwszego do
ostatniego opuściły wiarę w Ojca, który jest w
niebiesiech i obowiązek adoracji Boga, to jednak
Bóg, byle Mu choćby jedna Msza św. i choć jedna
tylko Hostia konsekrowana na całej ziemi została,
otrzymywałby z tej Mszy, z tej Hostii świętej, a
więc z ziemi naszej adorację wynagradzającą te
zapomnienia ludzkie nie tylko dostatecznie, ale
nadobficie, chwałę zewnętrzną nieskończoną, bo
pochodzącą ostatecznie od równego sobie Boga.
Msza święta uprzytomnia Majestatowi Boga i trzyma
bez przerwy przed Jego obliczem także
dziękczynienie, prośbę i zadośćuczynienie
nieskończone, złożone przez Chrystusa, umierającego
na Kalwarii. Jak w fonografie uwięziony jest głos, z
wszystkimi jego właściwościami, a następnie za
wprawieniem urządzenia w ruch odtwarza się i ponawia
w dowolnej ilości razy, tak wtedy, gdy Msza święta
odprawia się, z każdej Hostii konsekrowanej, więc
ożywionej Przedwiecznym Słowem Ojca, idzie wciąż do
Nieba echo dziękczynienia i błagalnego wołania,
zaniesionego na krzyżu: Ojcze, odpuść im, bo
nie wiedzą, co czynią.
Również każda Msza święta ma bezustannie przypominać
z woli swego Fundatora krwawą Jego śmierć całej
ludzkiej rodzinie. Opowiadać czyli utrzymywać pamięć
jej wciąż żywą, świeżą. Rzecz to dziwna. Chociaż
śmierć Boga-Człowieka jest zdarzeniem, nie mającym
sobie równego i na wszystkie czasy najdonioślejszym,
to przecież przestałoby ono po jakimś czasie
wstrząsać ludzkością, gdyby nie było niczym więcej,
jak jednorazowym aktem historycznym. Wiedział
Psalmista, co mówi, kiedy naszą ziemię nazwał ziemią
zapomnienia - terra oblivionis (Ps 88, 13). Jeszcze
lepiej Chrystus znał tę słabość naszej natury i
dlatego ustanowił Mszę św., w której odnawia swą
mękę, aby wszystkie pokolenia ziemi mogły na nią
patrzeć własnymi oczyma i prawie dotykać się
własnymi rękami. Z tego też powodu słusznie można
umieścić na naszych domkach eucharystycznych
(tabernakulach) napis, który mnich średniowiecza
umieścił na krzyżu kamiennym: stat crux, dum
volvitur orbis - stoi krzyż mistyczny w
Hostii konsekrowanej, gdy świat się obraca dookoła
niego, dookoła Jezusa - Eucharystii.
Msza święta ma dla ludzkości jeszcze inne
przeznaczenie, ważniejsze niż przypominanie męki
Zbawiciela. Artykułem jest wiary, że przez śmierć
swoją krzyżową Zbawiciel (aby znów użyć słów Skargi)
przygotował głęboką studnię żywej zbawczej wody,
skarbiec nieprzeliczony złota i nieprzebraną
spiżarnię potraw wszelakich i cudowną lecznicę z
maścią na wszystkie wrzody dusz. Z drugiej strony
jest również pewnikiem, że chociaż ofiara krzyżowa
te wszystkie dobra ludzkości przysposobiła, sama
przez się jednostce jeszcze nic nie daje. Aby
człowiek z zadośćuczynień i wysług śmierci Jezusowej
w rzeczywistości dla siebie miał pożytek, musi je
sobie przyswoić, zaaplikować, wprowadzić w swoją
duszę. Otóż wiadrem, którym człowiek nabiera ze
studni Chrystusowej tej wody żywej i asygnatą,
przekazem do owego skarbca, do spiżarni, do
Chrystusowego składu aptecznego na wydanie i
pobranie swej cząstki dóbr, mienia, leków, jest
właśnie Msza św. Gdyby w którymś dniu Mszy świętej
zabrakło, zostałby odcięty ludzkości główny dopływ
zadośćuczynień i łask ze źródeł ran Zbawicielowych,
zamknięty dostęp do skarbca, do spiżarni, do
lecznicy. Wyschłyby bowiem, a przynajmniej
zubożałyby bardzo strumyki oczyszczające i zbawcze
sakramentów świętych, które się stale zasilają
wodami wielkiego kanału ofiary eucharystycznej,
przynajmniej w zwyczajnym porządku rzeczy.
Gdy idzie o bliższe określenie, w jakim wymiarze
Msza święta przydziela jednostce ludzkiej wysługi
śmierci krzyżowej, musimy odpowiedzieć, że wiadomy
jest on jedynie Bogu. W każdym razie mimo, że
wartość każdej Mszy świętej jest w sobie
nieskończona, dusza ludzka, za którą ona się
odprawia, jako istota skończona, otrzymuje wysługi
Chrystusa tylko w mierze ograniczonej, częściami,
stosownie do woli Bożej i proporcjonalnie do swej
jakby pojemności, czyli do swego przygotowania
wewnętrznego.
Przygotowaniem do odebrania łask jest ich
pragnienie, duch pokuty i miłosnego zjednoczenia się
z ofiarnikiem i żertwą ofiarną - Chrystusem.
Przejdźmy do niektórych szczegółowych pożytków Mszy
świętej.
Ofiara Mszy świętej sprowadza do dusz ludzkich nie
tylko wysługi Chrystusa, ale i jego samego. Ona
przyrządza Go bowiem na Chleb Żywy dla każdego
człowieka. W jakiej obfitości? Skąpo Bóg rozdzielił
między ludzi dary geniuszu; oszczędnie rozmieścił w
ziemi srebro, złoto; czasem zdaje się nam nawet
żałować koniecznego chleba powszedniego do tego
stopnia, iż tak zwana kwestia społeczna wciąż
pozostaje krwawiącą raną ludzkości. Za to w porządku
nadprzyrodzonym Bóg postąpił niemal rozrzutnie.
Chleba Żywego, tego mienia najistotniejszego, nie ma
pod dostatkiem tylko ten, kto go sam mieć nie chce.
Tym samym Msza święta dostarczająca tego Żyjącego
Chleba jest nie tylko ponowieniem, ale nawet
uzupełnieniem ofiary krwawej. Bez niej ofiarna
żertwa Boża nie zstąpiłaby jako podstawowy pokarm do
naszej duszy, nie stałaby się nigdy osobistą
własnością człowieka.
Inny pożytek ze Mszy świętej.
W liście do Kolosan, św. Paweł po stwierdzeniu, że
Zbawiciel śmiercią krzyżową uczynił z nadwyżką
zadość sprawiedliwości Bożej za grzechy świata i
przeobfite wyjednał nam uświęcenie, pisze słowa
dziwne, zawierające niemal moralne objawienie:
W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa
(Kol 1, 24). Jak to, czy są naprawdę braki w męce i
śmierci Jezusowej?
Gdy cierpienia rozważamy w osobie Zbawiciela, rzecz
jasna, że nic im nie brakuje do całości,
doskonałości. Bo chociaż Chrystus cierpiał jedynie w
swej naturze ludzkiej, to jednak Osoba Boża
podlegała cierpieniu. O ile więc za punkt wyjścia
bierzemy osobę Zbawiciela, Jego męka, cierpienie nie
wymaga, nie dopuszcza nawet uzupełnienia. Ale
Chrystus jest nie tylko istotą odosobnioną.
Ustanowiony był On od początku świata nade
wszystko Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem,
Pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi
sposobami (Ef 1, 22.23). Między członkami
ciała, a Głową tegoż ciała musi istnieć ścisły
związek. Jeśli tedy Głowa była cierniem koronowana,
także członki muszą krwawić, szarpane po kolei kłami
zwierząt czy ludzi. Zrozumieli tę tajemnicą
koniecznego w męce z Chrystusem zespołu apostołowie
i Święci wszystkich czasów. Dlatego poczytywali
sobie za szczęście i zaszczyt, że współcierpieniem
swoim choć odrobinę mogą się przyczynić do
odkupienia swojego i braci. A przede wszystkim z
odnawiających się we Mszy św. co dzień ran
Jezusowych brali cudowną moc do powtarzania za
Chrystusem: Czyż nie mam pić kielicha, który
Mi podał Ojciec? (J 18, 11), do mówienia
wśród swych mąk: Alleluja.
Nie tylko cierpieniami życia mamy dodawać, czego nie
dostaje męce Chrystusowej, ale także braki śmierci
Zbawiciela uzupełniać naszą śmiercią. Dzieje się to
zaś, gdy w naszym konaniu nie upatrujemy jedynie
karnej egzekucji za bunt grzechu pierworodnego, lecz
zjednoczeni z Chrystusem, składamy swoje i jego bóle
i trwogi ku uwielbieniu Trójcy Przenajświętszej, na
przebłaganie za winy nasze i całego świata.
Dusze wybrane umieją w tym uzupełnieniu niedostatków
śmierci Jezusowej wznieść się jeszcze wyżej. Mam na
myśli wielkoduszne sługi Boże, które dopraszają się
o największą łaskę, żeby Bóg rychło raczył przeciąć
pasmo ich żywota i przyjąć przedwczesną śmierć -
ofiarą całopalną na wywyższenie Kościoła, dla
nawrócenia błędnowierców, dla utrzymania i
przedłużenia życia osobom potrzebniejszym
społeczeństwu. Czy naprawdę takie dusze wielkie są
na świecie? Oto kilka przykładów:
Przed laty dusza zakonna życie swoje zaofiarowała na
pomyślność Soboru Watykańskiego. Bóg ofiarę przyjął.
Gdzie indziej szlachetny młodzian, nie mogąc innymi
środkami uzyskać dla swojej narzeczonej światła
prawdziwej wiary, również młode swoje życie
całopaleniem oddał w ręce Boże. I jego Pan wziął za
słowo. Młodzieniec padł na łoże śmierci. Hostia,
którą mu kapłan przyniósł na wiatyk, została
przełamana. Połowę otrzymała narzeczona w pierwszej
swojej Komunii świętej. Później ta sama konwertytka
swoją śmiercią wyjednała uzdrowienie znakomitego
kaznodziei. I u nas nie brak takich dusz
bohaterskich - animae sublimiores. Wspomnę choćby,
że gdy przed kilku laty rozeszła się w pewnym
mieście wieść, że ręka skrytobójcza gotuje śmierć
jednemu z kapłanów, siostry pewnego ścisłego zakonu
zastawiły się kolejno strażą za niego. Tym razem Bóg
ofiary nie przyjął; widocznie pogłoska była mylna.
Kto nauczył tak dostojnie umierać te czcigodne
dusze? Kto w każdym pokoleniu wciąż nowe daje
natchnienie i siły do zanoszenia takich błagań? Nikt
inny, lecz ten Jezus, który sam z miłości ku Bogu i
ku ludziom umiał przyspieszyć godzinę swego konania,
który tak dobrze umarł na krzyżu i tę dobrą swoją
śmierć we Mszy świętej bezustannie ponawia!
Na zakończenie kilka uwag praktycznych.
Msza święta, to przepowiedziana przez proroka
Malachiasza ofiara czysta, która, w miejsce
odrzuconych ofiar starozakonnych, poświęca się Bogu,
na każdym miejscu między wszystkimi narodami od
wschodu aż do zachodu słońca (Ml 1, 11). Ta nasza
ofiara jest tak prosta i pokorna, że już prostsza i
pokorniejsza być nie może. Trochę chleba, trochę
wina i kilka słów ją składają. Ale właśnie w tej jej
prostocie i pokorze człowiek wierzący odkrywa,
odnajduje całą wielkość swojego Boga. Rzekł Pan na
początku: niech się stanie, i stał się świat. Mówi
nad chlebem: chlebie, ty jesteś ciało moje, i chleb
staje się Jego ciałem. Jezus Chrystus odnawia przede
wszystkim na uwielbienie Boga tę ubożuchną na pozór
ofiarę, kryjącą w sobie jednak całe bogactwo nieba.
Postanowił zaś składać ją nie sam, lecz w
zjednoczeniu z całą rodziną ludzką. Zrozumiejmy
miłość i pragnienie Serca Jezusowego! Spieszmy na
Mszę przynajmniej w niedziele i święta osobiście, a
w duchu co dzień i to, nie dla zwyczaju tylko i nie
jak na schadzkę towarzyską, ale przejęci do głębi
myślą, że mamy być współofiarnikami Najświętszej
Ofiary. Wedle życzenia naszego Boskiego arcykapłana,
spieszmy też być razem z Nim współofiarą. Dołączajmy
więc do Jego ciała, krwi, serca, duszy, nasze ciała,
naszą krew, nasze serca, nasze dusze, nasze całe
jestestwo na znak najwyższego nad nami
zwierzchnictwa Boga, na wyznanie, żeśmy dziełem rąk
Jego, że od Niego wszystko mamy, na jego gruncie
siedzimy, Jego czeladką i poddanymi jesteśmy.
W ofierze eucharystycznej rodzina Jezusowa posiada
bogactwo tym cenniejsze, że nikt nie jest w stanie
go odebrać. Prześladowanie może odebrać nam srebrne
i złote naczynia, w których Kościół przechowuje Syna
Bożego, ale Jego samego wydrzeć nam żaden
nieprzyjaciel nie ma siły. Trochę chleba, trochę
wina potrzebnego do ofiary, zawsze Kościół u siebie
znajdzie. Spieszmy bogactwo to nasze z Jezusem
ofiarować Trójcy Przenajświętszej także na
dziękczynienie.
Idźmy na Mszę świętą w naszym interesie. Na Kalwarii
był wzniesiony ołtarz dla całego świata. Na nim we
krwi Syna Bożego obwołana została amnestia
powszechna i powszechny pokój. Ale jednostka ludzka
prócz możności przejednania Boga i prócz możności
swego uświęcenia nic tam więcej nie zyskała. Za to
we Mszy św. ołtarz jest wzniesiony dla każdej duszy
z osobna. Tu Baranek Boży jest zabijany mistycznie
za każdego z nas oddzielnie. Tu dokonuje się
rekoncyliacja z Bogiem każdego z nas. Spieszmy tedy
jak najczęściej i co dzień do tego ołtarza naszego,
do otwartych we Mszy ran Zbawiciela. Płynącą z nich
krew jego składajmy razem z Nim na uproszenie nowych
łask, na przebłaganie, na zadośćuczynienie Trójcy
Przenajświętszej za nasze winy, za grzechy rodzin,
kraju, narodu, całej ludzkości.
We Mszy świętej konsekruje się dla każdego z nas
jego własna Hostia. Idźmy na Mszę po tę naszą
Hostię, przyjąć ją w duszę niby w misę jaspisową, w
Gral święty na coraz obfitszy, pełniejszy rozwój
życia Bożego w nas.
We Mszy kapłani konsekrują Chleb żywy nie tylko na
potrzeby chwili obecnej, ale też na zapas. Ten
zapasowy Chleb przechowuje się w przybytku
eucharystycznym niby w grobie. Ponieważ ten Chleb
jest Bogiem, należy się Mu nieustanna straż
honorowa, adoracja. Spieszmy uczcić Go przy Mszy
świętej; spieszmy czuwać przy Nim także poza Mszą
świętą. Stróżujmy, czuwajmy przy domku
eucharystycznym (tabernakulum) z wiernością
przynajmniej nie mniejszą od owej, z jaką krzyżowcy
stróżowali, czuwali u próżnego grobu
jerozolimskiego.
We Mszy świętej Chrystus co dzień wznawia przykład
swej pracy, trudów, cierpień, miłosnego poświęcenia
się dla chwały Boga, dla zbawienia ludzi. Spieszmy
do tej szkoły wielkoduszności i wszelakich cnót.
Spieszmy tam, byśmy nauczyli się cierpieniami,
trudami naszymi uzupełniać to, czego nie dostaje
męce, śmierci Jezusowej. Żyć i umierać na
uwielbienie Boga i dla dobra braci, a ostatecznie
przemienić się w zjednoczeniu z Jezusem-Hostią w
żywą, świętą Hostię, w Eucharystię miłą Bogu teraz i
na wieczność.
|